(Nie)romantyczna historia

Z zupełnie bez powodu przypomniała mi się pewna historia z życia. Jako człowiek drugiej młodości trochę ich mam i niektóre czasami mi się przypominają bez powodu. Ta miała miejsce z 20 lat temu.

Gdy byłam 16latką wyjechałam do moich rodziców i braci, do Niemiec. Wcześniej mieszkałam w Gdańsku z dziadkami. Rodzice wyjechali gdy miałam jakieś 13 lat, ale nie pamiętam. To nieistotne w tej chwili. Więc wyjechałam do Niemiec.

Codziennie rano szłam na przystanek autobusowy, żeby dojechać do szkoły. Często na przystanku widywałam chłopaka. Kategoria „mój ideał”. Stawał z dala od przystanku. Ja odjeżdżałam wcześniejszym autobusem.

Nigdy nawet nie stanęłam koło niego. Jeździliśmy innymi numerami autobusów. Po prostu widywałam go na przystanku. Szalenie mi się podobał. Nigdy nawet nie zamieniliśmy ani słowa. Przez całe 3 lata mojego pobytu w Niemczech. Oczywiście w między czasie spotkałam się z różnymi chłopakami, w niejednym byłam zakochana. Ech to młode, platoniczne, pojemne, serce 🙂 Ale on był taki wyjątkowy… Setki razy wyobrażałam sobie, że podchodzi i pyta, która godzina, albo prosi o ogień, gdy w między czasie zaczęłam palić. Po 3 latach wyjechałam z powrotem do Polski. Nie zamieniłam z nim ani słowa. W sumie o nim zapomniałam wpadając w wiry kolejnych miłości, ale zawsze mi się przypominał, gdy odwiedzałam rodzinę. Potem moi rodzice się przeprowadzili do innej dzielnicy. Kurz zasypał wspomnienia o chłopaku z przystanku.

Co jakiś czas odwiedzałam rodzinę nadal już w nowym miejscu. Po kilku latach, w trakcie takiej wizyty na Święta Bożego Narodzenia poszłam z braćmi na dyskotekę. Moi bracia przecież w między czasie dorośli i zaczęli życie dwudziestoparolatków. Przednich imprez udało nam się wspólnie kilka doświadczyć. Na tej dyskotece bawiłam się wyjątkowo dobrze. Z braćmi czułam się też bezpiecznie, bo będąc muskularnymi, łysymi (z natury już dość wcześnie) facetami, którym sięgam do ramion budzili respekt. Zaczepki były zawsze umiarkowane i mogłam spokojnie się wytańczyć.

W którymś momencie zobaczyłam na parkiecie, w tłumie, ale obok prawie.. Chłopaka z przystanku. Popatrzył na mnie. Uśmiechnął się. Potem podszedł. Braciom powiedziałam, że jest ok. Chcę z nim porozmawiać. Sytuacja wydawała mi się niemożliwa wręcz. No jakim cudem? On, tu, ja, po tylu latach i tak po prostu.

Porozmawialiśmy chwilę, zatańczyliśmy.. Wymieniliśmy się numerami. Nie ukrywałam, że jestem tylko na kilka dni i niedługo wyjeżdżam. Umówiliśmy się na następny dzień.

Pamiętam, jak rozbawiła ta sytuacja moją mamę, gdy jej to opowiedziałam następnego dnia. Śmiała się, że jeszcze tam zostanę i nie będę jak Wanda, która Niemca nie chciała. Spotkałam się z nim. Przez te kilka dni do Sylwestra prawie, na którego wracałam do Polski, bo byłam tak umówiona. Bardzo dobrze mi się z nim rozmawiało. Opowiedziałam mu, że znam go z widzenia, bo kiedyś mieszkaliśmy na jednej dzielnicy. Nie pamiętał mnie. Z resztą, przecież widziałam wtedy już, że był myślami gdzieś kompletnie w swoim świecie. Potem się okazało (był starszy ode mnie), że w tamtym czasie jeździł już do pracy, wówczas jeszcze na praktyki. Spędziliśmy z sobą kilka miłych wieczorów, spacerując nad Renem, siedząc we włoskiej restauracji (włoskie lody są chyba wszędzie genialne), czy chodząc na dyskoteki i dużo rozmawiając. Po kilku dniach wymieniliśmy się adresami, żeby do siebie pisać.

Wróciłam do Polski. Nie wiedziałam, co mam myśleć, bo.. Nie wiedziałam co czuję. Pomyślałam, że zostawię sprawę biegowi czasu. Rozłąka bywa najlepszym barometrem uczuć i relacji. S. przysłał mi swoje zdjęcie podpisane „zakochany”. A ja miałam tylko myśl „żebyś mi to powiedział x lat temu, to…”. Te wszystkie zagięcia czasoprzestrzeni w nie tym czasie, albo miejscu.

Korespondencja dość szybko wygasła. Nie chciałam go też zwodzić, on przecież też głupi nie był. Nie chciałam zmieniać swojego życia znowu aż tak.

Zakochanie się w nim, wyjazd znowu do Niemiec i zaczęcie znowu nowego życia tam byłoby dla mnie idealne na tamten moment. Tak niewiele brakowało, żeby chociaż spróbować. Od powrotu rozgrywałam w głowie różne scenariusze, ale intuicja mówiła mi, że to jednak nie TEN. Chociaż, jak widać nadal mi się przypomina raz na kilka lat. Tak zupełnie bez powodu.

Po co to było? Po co się zakochujemy w taki sposób? Czy to ma jakiś cel, czy to tylko jedno z kolejnych zawirowań Matrixa?

Nie wiem.

Wiele, wiele razy w życiu miałam takie dziwne sytuacje, które pozostaną dla mnie zagadką na zawsze. Dziesiątki sekund, które mogłyby być alternatywną rzeczywistością. Jakbyśmy dotykali innych wymiarów, bo każdy, kto doświadcza czegoś takiego może też to czuje.

A może czasami za bardzo chcemy, żeby wszystko miało jakiś głębszy sens?

Nie wiem. Na pewno byłabym inna, gdybym wiele razy w życiu podjęła inne decyzje. Tylko czy czułabym się spełniającą się sobą, tak jak teraz?

😉

Zdjęcie: kawałek z mojej czarno-białej tablicy 😉

PS. Mam nadzieję, że jest szczęśliwy.

8 uwag do wpisu “(Nie)romantyczna historia

  1. Ehhh wiele razy pytałam siebie, co by było „gdyby”. Ale potem stawałam przed lustrem mi odpowiadałam sobie – Przecież byłabym inną kobietą wtedy. Może lepszą, może gorszą, ale inna. A skoro jestem tutaj, nawet ze swoim niższym samopoczuciem, ale jednak dumna z tego gdzie jestem to raczej jest to moja droga. A po co takie „szanse” daje nam życie? Może tylko po to by spojrzeć na tę drogę i uśmiechnąć się, że była.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.