Czy robić złe rzeczy? Mikolajkowo

„Kryje się coś niedobrego w mężczyznach, którzy unikają wina, gier, towarzystwa pięknych kobiet i ucztowania. Tacy ludzie albo są ciężko chorzy, albo w głębi duszy nienawidzą otoczenia.” Mistrz i Małgorzata. Bułhakow

A na pewno, gdy unikają tego w jakimś okresie życia. Hm? No właśnie.

To dość trudny tekst i nie wiem, czy uda się ująć istotę. Zobaczymy. Ważne, że ja to piszę z wewnętrznym spokojem, bo trudnych chwil w życiu jest tak naprawdę mikroilość w stosunku do reszty i można spokojnie żyć z pogodą ducha.

To jedziemy.

Dlaczego nie rzucam kamieniami? Sama za dużo mam „za uszami”, za dużo w życiu spróbowałam, doświadczyłam, zrobiłam tak a nie inaczej. Moja wola życia,  słuchanie głosu serca, albo rozumu, w zależności co się wydaje, prowadziły mnie po różnych ścieżkach, przeżyciach, relacjach. Niczego nie żałuję (bo jeśli już, to mogłabym żałować, że nie nauczyłam się szybciej ludzi i życia). Z odpowiedzialnością biorę na siebie, że było jak było, bo będąc w danym miejscu, w danym czasie, z danymi ludźmi, nie umiałam inaczej. To były moje decyzje. Nikogo nie obwiniam, nikogo nie tłumaczę, nie czuję się winna. Pielęgnowanie złych emocji jest złe. Szkoda na to życia.

Ostatnio znajomy wrzucił na FB post z krótkim pytaniem „czy boisz się zmian”. W komencie napisałam, że „to zależy”. Od czego? Od samej zmiany i kiedy się dzieje. Brak możliwości zmiany uważam za gorszą sytuację.

Czemu nie rzucam kamieniami w ludzi robiących złe rzeczy? Bo nie jestem sama bez winy. A nawet, gdybym była, to tym bardziej kierowałoby mną miłosierdzie, chociaż doskonale wiem, jak smakuje ból oszukania czy zranienia. Nie mam śmiałości oceny złych czynów. Sama mam ich niezłą kolekcję, chociaż nikogo nie zabiłam, przynajmniej świadomie i z zamysłem, bo wg. pseudo pro-life pewnie to zrobiłam doprowadzając w młodości do poronienia (przenosząc lodówkę…), tylko dlatego, że nie wiedziałam, że jestem w ciąży (a że to przecierpiałam okropnie i przez kilka lat, to inna sprawa), a z drugiej strony trochę później, pocieszałam dziewczynę, którą facet z jego matką zmusił do aborcji, a ona tak bardzo chciała tego dziecka (moja bezradność w obu sytuacjach była nieznośna) i te wszystkie akcje o aborcji pewnie do dziś wyrywają jej serce. Jej łzy i moją bezradność, chociaż dziś już tak bezradna bym się nie czuła. No ale to właśnie tak działa. Ludzie z niesamowitą łatwością miotają potępieniem i krytyką. Bezmyślność i brak podstawowej empatii. Dlatego teraz tak bardzo kibicuję kobietom w obecnych czasach, bo prawo samostanowienia jest elementarne. Inaczej to nie jest życie, tylko przetrwanie wg cudzych zasad, a czasami trzeba jakieś zasady złamać, żeby coś zmienić, żeby coś przetrwać.

Nawet jeśli mamy popełniać błędy, to są to nasze błędy. Nawet jak mamy coś spierdolić koncertowo, to ma to być efekt naszego wyboru. To jest prawdziwa dorosłość. Życie to jest gra. Zasady są bardzo niejasne i cholernie istotnym czynnikiem jest potężny wpływ tzw. przypadku i szczęścia. Bycia właśnie w odpowiednich momentach w odpowiednich miejscach. Decyzje, które jednym uchodzą na sucho i jeszcze wychodzą na dobre, a innymi rozpieprzają w drobny pył życie.

Terapeutka mi kiedyś powiedziała, poznając moje całe życie, jak nikt, nikt inny na świecie, że właściwie to mi zazdrości odwagi, bo ona by się na wiele rzeczy nie zdobyła. Bo nie były ogólnie ujmując właściwe, ale ja chciałam ich doświadczyć i to robiłam, gdy uważałam, że to dla mnie ważne. Od kiedy pamiętam. Taki charakter. Moja dusza i ciało wygląda obecnie jak u wikinga, po dziesiątkach bitew, pełne blizn, ale.. żyję i właściwie mnie to po prostu na dziś uśmiecha. Żyję. Z uśmiechem (z reguły jednak wewnętrznym), mimo to wszystko i to jeszcze tanecznym krokiem nierzadko. Bo tak, bo życie jest generalnie świetne.

Żyję. Czas przestawia wszystko.

Żyję. Mimo tego całego pierdolnika na świecie. Pierdolnik, w sumie, to jest właściwie cały czas, taki czy inny.

No i liczy się to, że na dziś jestem bezmiernie wdzięczna za wszystko, co przeżyłam, z naciskiem na przeżyłam.

I tak, doświadczyłam wiele, co uważałam za złe i karygodne i sama łatwo to oceniałam kiedyś z komentarzem „ja nigdy bym tego nie zrobiła”. Gówno prawda. Nie ma na dziś takiej rzeczy, o której powiem „ja nigdy tego nie zrobię”. Nie igram tak już z losem i wiem, że większą krzywdę ludzie robią sobie odmawiając tego, czego chcą, co pozwoliłoby im wpływać na własne życie. Własne sumienie: to najważniejszy kompas.

Zastanawia mnie, dlaczego ludzie z taką łatwością wpierdalają się w życie innych i myślę, że są dwie główne przyczyny: dlatego, że nie mają odwagi żyć swoim życiem i swoimi błędami, swoimi grzechami, swoimi doświadczeniami, bo cholernie na siłę do nich nie dopuszczają, przez co… nie żyją tak, jak by chcieli, ale tak, jak należy, jak powinno się żyć, chociaż ich to dusi i żeby się nie udusić wolą rzucać kamieniami w innych.

Albo, tu jest ta gorsza kategoria, o rany jak ci są powaleni: ci, którzy swoje już doświadczyli, ale potępiają to u innych. Jak bycie kochanką za panny, ale potępianie kochanek po własnym zamążpójściu. Kamą. No serio, kamą. Tak, powiedz, że to ch..we, że może poharatać, skrzywdzić, złamać serce, ale nie potępiaj. Bo z drugiej strony, takie związki bywają dobre i nikogo nie krzywdzą. Życie jest życiem. Potępienie szkodzi bardziej potępiającemu. A co do różnych sytuacji, to przecież bywa różnie i życie pisze przedziwne scenariusze. Rób tak, żeby było dobrze.

Gdy ktoś upada, lepiej pomagać mu wstać, a nie rzucać w niego kamieniami widząc, że idzie w złą stronę. (I tak by poszedł, tylko okrężną drogą, przed wzrokiem potępiających. Tak to działa).

Nikogo do niczego nie namawiam, nie potępiam. Naprawdę myślę, że gdyby ludzie żyli swoim życiem, to świat byłby lepszy. Nawet jeśli robiliby wszystko co robią, na swoje własne konto i odpowiedzialność. Przed sobą. Znając smak doświadczeń, różnych przeżyć, po prostu wie się, czy chce się tego doświadczać ponownie, czy się samej idei mówi „spierdalaj”. Żeby żyć po swojemu trzeba życia doświadczyć, doświadczać. Naprawdę dobrze oddają to słowa „lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż że się nie zrobiło”, bo jak się nie robi, to się robi gówno w życiu innych wchodzeniem w nie z butami, krytyką, oceną i potępianiem cudzych grzechów. Niech każdy robi sobie i ocenia swoje. Bycie pseudoporządnym człowiekiem tylko dlatego, że nie jest się takim, jakim naprawdę chce się być, to atrapa. Życie jest jedno.

I owszem, spokojnie można dojść do miejsca, w którym nie pakujesz się ponownie w jakieś sytuacje, czy relacje, bo… umiesz je mniej więcej ocenić i ciekawość nie jest tak silna, bo nie ma czego. Można być ciekawym zupełnie innych rzeczy. Komfort jak cholera.

Owszem, nie dotyczy to oczywiście każdego, a nawet może jakiejś mniejszości (chociaż nie wydaje mi się), bo są ludzie, którym różne głupie rzeczy nawet nie staną w życiu na drodze, ani nie przyjdą do głowy, albo mają już ze 100 lat jak ja i po prostu JUŻ widzą świat, jakim jest, zajmując się w związku z tym najbardziej własnym rozwojem duchowym (nie mylić z religiami czy psychologią), bo cała reszta niech się zajmuje sobą (a pomaganie, wspieranie itd. to zupełnie inna bajka). Każdy ma coś za uszami, a jak nie ma, to często tego gdzieś tam żałuje i musi szukać milionów wymówek, że tak jest lepiej. Katolik pewnie powie, że to szatan kusi ludzi a oni ulegają. No nie umiem dyskutować z takimi argumentami, bo… no cóż, patrząc na życiorysy świętych, wielu z nich żyło jak chciało, a jednym dobrym uczynkiem zmywali wszystko i jeszcze windowali się na świętych. Można? Można. Trzeba? No nie każdy musi być świętym, ale żyć zgodnie z własnym sumieniem, które można poznawać i kochać, można. A że to się nie spotka zawsze z uznaniem innych? No… wróćmy do tego miejsca, gdzie piszę, że niech każdy pilnuje siebie itd. Mało kto robi złe rzeczy z premedytacją szkodzenia, krzywdzenia itp. a z reguły dla własnego interesu i dobra. Paradoks, nie? A skutki uboczne są jak ruletka. Będą albo nie. Zakładam, że robimy z reguły to, co najlepsze możliwe w danej sytuacji i okolicznościach. A reszta jest bardzo subiektywna, bo przyczyny robienia złych rzeczy bywają niezmiernie ludzkie i przyziemne. Ale tak jest.

Magicznych Mikołajek

Raya

PS. Naprawdę nikogo do niczego nie namawiam, ani nie zniechęcam, bo ludzie są dziwni i już nieraz mi się zdarzało usłyszeć, że kogoś przed czymś nie powstrzymałam, albo nie zachęciłam, chociaż mogłam, albo jak to robiłam, to byłam potem winna konsekwencji, jeśli były nie takie, jak miały być. Kamą. Nikomu bym tak nie powiedziała, chociaż wiele durnych rzeczy zrobiłam w młodości pod wpływem namów, albo nie zrobiłam przez zniechęcanie. Naprawdę najważniejsza lekcja życiowa, którą mam wbitą w mózg: jeśli ponoszę konsekwencje jakiś decyzji i mam na nie wpływ, to biorę to na siebie i nikogo nie obwiniam za ew. własną głupotę. To naprawdę jedyne, o czym warto konsekwentnie w życiu pamiętać i tego się trzymać. Nawet przez to się za często nie radzę w różnych kwestiach nikogo, poza ew. specjalistami albo szukam wsparcia (nie decyzji!), bo dobrymi radami to można piekło wybrukować.

A jak ktoś jest w trudnej sytuacji, albo się w coś wpierdzielił, to lepiej go przytulić, zabrać na wino, po prostu wysłuchać, bez potępiania, cokolwiek, ale nie opierdalać. Naprawdę sumienie jest dla większości z nas (pozdrawiam psychopatów, których to nie dotyczy), największym sędzią. A życie jest życiem.

Bądźmy dla siebie dobrzy. Pewnie, że ogólnie lepiej nie robić złych rzeczy, ale gdy się zdarzają, to… Bądźmy ludźmi. Róbmy tak, żeby było dobrze.

Kurcze, od kiedy kilka lat temu weszłam na drogę duchowego rozwoju, to wszystko się zaczęło układać i na dziś mam taki wewnętrzny spokój, bo ten rozwój duchowy, stał się dla mnie sensem życia sam w sobie. To działa dla mnie cuda, szczególnie teraz, gdy świat jest w stanie tak wielkich zmian. Zawodowo też tylko na tym zyskuję, w relacjach z ludźmi zupełnie także, bo nie wchodzę ani w rolę kata ani ofiary, jest mi naprawdę dobrze, ale też nie jestem święta i dobrze mi z tym. Jestem człowiekiem 100% . Po co udawać inaczej? Podwójna moralność, podwójne standardy, po jaką cholerę? A przy okazji, ja znam siebie na tyle, że wiem, że jestem zdolna do wszystkiego (chyba), ale to naprawdę lata świetlne od gotowości robienia czegokolwiek, zdecydowanie za bardzo jestem świadoma, jak przewrotne bywa życie, jak jedno słowo, wydarzenie potrafi kompletnie zmienić bieg wydarzeń. Tak naprawdę to życie pokazuje na swój sposób, gdzie człowiek ma faktycznie granice i jakie. Pozory kontroli… Tak bardzo ich potrzebujemy.

Magia zmiany optyki.

Spokój… Oddychać głęboko i żyć. W życiu można robić tyle potrzebniejszych rzeczy, niż żyć życiem innych I to jeszcze po to, żeby je krytykować. A już na pewno lepiej zająć się sobą i ew. byciem tak i tam, gdzie to faktycznie potrzebne 😉

Zdjęcie: mroova. Mój chill.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.